Wycieczka do Pekinu

Pekin, czyli inny świat (część pierwsza – Nihao)

Nigdy nie zapomnę pewnego lutowego popołudnia, kiedy Kamil powiedział mi, że kupił dla nas bilety lotnicze do Chin, a dokładnie mieliśmy nawiedzić Pekin. Najpierw myślałam, że żartuje, potem, że zwariował. Nie zwariował i nie żartował jednak. Mieliśmy wyjechać 1. lipca w moje urodziny i wrócić 8 dni później. Bałam się nie na żarty, ale co tam – do odważnych świat należy, więc przygotowaliśmy wszystko z wizami, ubezpieczeniami, szczepieniami, sprzętem i przewodnikami włącznie, aby następnie wsiąść w nasze niezawodne volviątko i udać się na Lotnisko Fryderyka Chopina w Warszawie, skąd mieliśmy dolecieć bezpośrednio na Beijing Capital International Airport.

Lecimy 🙂

Pierwsze kłopoty spotkały nas tuż po odprawie, bo okazało się, że pracownik lotniska podał asyście zły kod. Tu informacja dla wszystkich ON: kod dla osób na wózkach, nie mogących się samodzielnie dostać na pokład samolotu (potrzebny specjalny wózek) to WCHC. Informacja jest o tyle ważna, że kod ten funkcjonuje na całym świecie i we wszystkich językach. Trochę cierpliwości i uśmiechu oraz nieoceniona pomoc pracowników lotniska i dotarliśmy na swoje miejsca w samolocie. Tu niestety dowiedzieliśmy się, że mamy około 1,5 godziny opóźnienia, co w perspektywie 9 godzin lotu, nie było zbyt pocieszającym faktem. Postanowiliśmy się jednak nie zadręczać czymś na co nie mamy wpływu i zająć czymś pozytywnym. O czym myślał Kamil – nie mam pojęcia, ja natomiast z ciekawością obejrzałam sobie wnętrze samolotu i stwierdziłam, że pozbycie się jednego ciągu siedzeń załatwiłoby kwestię dostania się na pokład we własnym wózku, co wywołało salwę śmiechu u mojego kochanego męża, który chyba lepiej pojmuje interes linii lotniczych niż ja. Rozważania zabiły jednak czas i nudę i w końcu wystartowaliśmy. Kamil standardowo zaproponował mi otwarcie okna, kiedy jak zwykle oglądałam widoki z lotu ptaka, a te były naprawdę porywające. Zresztą zobaczcie sami:

lot do Pekinu
lot do Pekinu

Cieszyłam się tym wszystkim jak dziecko, pijąc drinka z plastiku (na 11 tysiącach metrów nic nie uderza do głowy nie wiedzieć czemu) i spędzając najdziwniejsze w moim życiu urodziny w powietrzu. Nagle otrzymaliśmy „żółte papiery”, które musieliśmy wypełnić dla dopełnienia formalności. Te kartki wypełnia się każdorazowo dla potrzeb Urzędu do Spraw Cudzoziemców. Papierek oddaje się celnikowi, a on ostemplowuje go odpowiednią pieczątką. Niedługo potem wylądowaliśmy w Pekinie. Grzecznie poczekaliśmy, aż wszyscy pasażerowie opuszczą pokład, by następnie wydostać się z samolotu. I tu psikus – nie przekazano obsłudze lotniska w Pekinie, że będziemy potrzebowali specjalnego wózka, a ten znajdował się 8 kilometrów dalej i trzeba by czekać ponad godzinę na jego dostarczenie. Tu z pomocą przyszedł nam rezydent Lotu w Pekinie, który wyciągnął z szafki wózek będący na wyposażeniu boeinga (ma ułatwiać poruszanie się w czasie lotu) i za jego pomocą Kamil wydostał się na swoją własną „panterę”. Cała operacja jednak chwilę trwała i naprawdę nie mieliśmy pojęcia dokąd iść. Pomaszerowaliśmy zatem za załogą. Wierzcie lub nie, ale Beijing Capital International Airport to moloch jakich mało. Do naszej walizki dotarliśmy po ponad godzinie, w czym jakiś czas podróżowaliśmy bezobsługowym pociągiem. Czekała nas jeszcze tylko bramka, która sprawdza temperaturę ciała, odprawa paszportowa, wymiana waluty i inne takie ciekawostki. A i najważniejsza z nich – dotrzeć do hotelu jakimś cudem w mieście, w którym nawet na lotnisku angielski jest językiem wybitnie obcym.

Jeśli interesują Cię atrakcje w Azji to zajrzyj do naszych pozostałych artykułów.
Odwiedzamy wiele takich miejsc i sądzimy, że znajdziesz coś co Cię zainteresuje.

Beijing Capital International Airport

Chińczycy są jednakże ludźmi zorganizowanymi, więc już z bagażem przejęła nas ubrana w liberię kobieta i mówiąc coś przez krótkofalówkę zaprowadziła na postój taksówek. Jak tam dotarliśmy? Za nic nie byłabym w stanie powiedzieć, nawet Kamil stracił orientację. Najważniejsze jednak, że dotarliśmy. Jeszcze przed wylotem z Polski doczytaliśmy, że na taksówki w Pekinie trzeba uważać, bo można słono zapłacić za taki kurs, więc najbezpieczniej jest wsiadać do taksówek „rządowych”, mających zaraz po „chińskim hieroglifie” literkę B. Kurs z lotniska do centrum, gdzie mieszkaliśmy to około 90 yuanów i to już z opłatą za autostradę. I znowu wskazówka dla wszystkich podróżujących – dobrze jest zabrać ze sobą adres hotelu napisany w chińskich znakach, bo inaczej możemy się nie dostać na miejsce zbyt łatwo (chińscy taksówkarze rzadko czytają nasz łaciński alfabet). My byliśmy na to przygotowani, więc po prawie godzinnej jeździe dotarliśmy do King Parkview Hotel, gdzie mieliśmy mieszkać przez najbliższy tydzień. Ponieważ od naszego wylotu minęło już co najmniej kilkanaście godzin i do tego zmiana czasu, zmęczenie zaczynało dawać nam się we znaki. Pomyślałam sobie – wytrzymaj jeszcze trochę, zaraz odpoczniesz. Z tą nadzieją weszłam do hotelu ciągnąc za sobą ponad 20 kilogramową walizkę i pomagając Kamilowi wjechać do budynku. Zameldowaliśmy się i to nawet nie na migi a po angielsku (byłam mile zaskoczona) i po otrzymaniu kluczy poszliśmy do pokoju. No cóż – kurnik był przy nim zdecydowanie większy, ale nie to przesądziło o ponownej wycieczce do recepcji. Pokój nie był taki, jak zamawialiśmy. Obsługa bez chwili nawet wahania przeniosła nas do kolejnego „kurnika”, ale byliśmy już tak zmęczeni, że nawet strasznie niewygodne łóżko było jak najbardziej miękki obłoczek.

Pierwsze natarcie na Pekin

Po dwugodzinnej drzemce – pełni energii wstaliśmy, rozpakowaliśmy nasze graty i ruszyliśmy na hotelowy dach obejrzeć widok i napić się czegoś. Zamówiłam piwo (zdawało mi się, że heinekena) i dostałam Tsingtao, które jak się dowiedzieliśmy jest jednym z dwóch gatunków piw, których należy spróbować będąc w Chinach. Był wieczór, a słońce paliło jak w południe. Piękne błękitne niebo i słoneczny blask nieprzysłonięty smogiem to podobno rzadkość nad Pekinem, więc postanowiłam się tym cieszyć i rozejrzeć co widać z hotelowego dachu, a widok…

hotel Pekin

…był naprawdę porywający. Z naszego tarasu widać było Białą Dagobę w Parku Bei Hai, świątynie na wzgórzu Parku Jingshan. Chęć na spacer jeszcze wzrosła, więc nasza wycieczka ruszyła na pierwszy zwiad. Wybraliśmy się w kierunku miejsc widzianych z tarasu, w kierunku Zakazanego Miasta i kiedy już zbliżaliśmy się do jego północnej strony spotkała nas niespodzianka – żółte słupki w poprzek chodnika ustawione tak blisko siebie, że Kamil swoim wózkiem nie mieścił się o jakieś 5 cm. Przejść po ulicy też się nie dało, więc cóż było robić – znalazłam jeden obluzowany i wygięłam go jeszcze bardziej, a następnie przemknęliśmy jakieś kilka centymetrów nad ziemią i już byliśmy na placu przed Bramą Boskiej Potęgi.

Brama Boskiej Potęgi
Brama Boskiej Potęgi

Tu czekała nas nagroda – po jednej stronie grupa ludzi szukała relaksu w pięknym Tai-Chi, a po drugiej przy dźwiękach współczesnej muzyki ludzie po prostu tańczyli, uśmiechając się do siebie. Usiedliśmy z boku i zapatrzyliśmy się w ten obraz, chłonąc oboje tę niezwykłą atmosferę.

tai chi w Pekinie

Nie zauważyłam nawet, że zapadł zmrok, a muszę wspomnieć o tym dziwnym zjawisku. W Pekinie wygląda to mniej więcej tak: jest jasno, jasno, jasno i nagle pstryk i ciemno, tak jakby nie było szarówki. Rozmarzeni i przepełnieni oczekiwaniami, co przyniosą kolejne dni, wróciliśmy do hotelu.

Zakazane Miasto nocą

Dodatkowe atrakcje na koniec dnia

Było już po północy i nieźle przestraszyłam się widząc wychodzącą ku nam recepcjonistkę, która łamaną angielszczyzną informowała nas o tym, że znowu musimy zmienić pokój. Mówiła coś o miodowym miesiącu, co nijak pasowało do czasu, w którym przylecieliśmy do Chin, bo pobraliśmy się przecież rok wcześniej. Teorie spiskowe w naszych głowach kluły się jedna za drugą. Poszliśmy jednak za boyem hotelowym i znowu przenieśliśmy nasze graty, tym razem na ostatnie piętro. Z zaskoczeniem obejrzeliśmy nasz apartament. Tak nie przesadzam, zmieniono nam pokój na dwupokojowy apartament z klimatyzacją, osobną sypialnią i salonem. Nic nie rozumiałam, ale po naszym „kurniku” nie pytałam już o nic i postanowiłam cieszyć się luksusem. Znalazłam nawet sejf, ale opis jego działania był tylko po chińsku, więc jego rozszyfrowanie postanowiłam pozostawić sobie na dzień następny. Sprawdziliśmy też czy działa nam telewizor i Internet, bo mieliśmy zamiar na bieżąco pisać doniesienia z wyprawy do Azji. Konkluzja jest taka – telewizja w 99% chińska i chiński Windows w komputerze, kosmos. Internet nie działał, ale następnego dnia mieli nam to naprawić. Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, że i tak na niewiele nam się to przyda. Patrząc na to wszystko ze strony mojego Kamila to, poza przestrzenią, pokój nie miał nic ciekawego do zaoferowania, bo np. łazienka nie była dostosowana w żadnym z pokoi, ale mój bohater prawie nigdy nie narzeka i cieszył się razem ze mną, kiedy utrwalałam nasze trzecie już lokum na filmie. Może niewiele tego dnia zobaczyliśmy, ale już nie mogłam się doczekać co się dalej wydarzy…

Zapraszam do przeczytania następnego wpisu opisującego nasz wyjazd do Pekinu.

Nasz film z Pekinu

Zapraszamy na nasze grupy

Samochodem do Chorwacji
Samochodem do Chorwacji
Podróże niepełnosprawnych
Niepełnosprawni podróżują
Urlop w Chorwacji
Urlop w Chorwacji
Toskania grupa
Toskania
Singapur grupa
Singapur

To też może Ci się spodobać

4 Komentarzy

  1. Pekin… miasto moich planów.

    Mam nadzieję, że w niedługim czasie uda się je zrealizować.

    P.S. Bardzo fajna, szeroka szpalta, co pozwala na zamieszczanie sporych zdjęć!

    1. Dziękuję bardzo za miłe słowa. Pekin to magiczne miejsce i naprawdę gorąco polecam wizytę w wiecznym mieście.

      Trzymam zatem kciuki za realizację Twoich planów i czekam na relację z podróży 🙂

  2. Cześć „Goha” Pochłaniam twoje wpisy jak gąbka, zwłaszcza te o Pekinie bo moj R właśnie całkiem niedawno poinformował mnie że lecimy do Pekinu, kobieto twoja historia sprawiła że już się nie martwię że lecimy w nieznane .. nie taki ten Pekin straszny jak go malują 🙂

    1. Dziękuję Ci pięknie. Miło przeczytać taki komplement. 🙂 Pekin Was uwiedzie, jestem tego pewna. Nie zapomnij dać znać, jak było i czy nasze informacje się przydały. Pozdrawiamy serdecznie i życzymy niezapomnianej podróży 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Zgodnie z RODO musisz się zgodzić na dodanie komentarza i przesłanie wpisanych danych
Ten formularz gromadzi Twoje imię, adres e-mail, adres strony www i treść, dzięki czemu komentarze mogą funkcjonować na tej stronie. Aby uzyskać więcej informacji, zapoznaj się z naszą polityką prywatności, gdzie uzyskasz więcej informacji o tym, gdzie, jak i dlaczego przechowujemy Twoje dane.
Nie wykorzystujemy danych wpisywanych podczas komentowania do celów marketingowych (np. wysyłka newslettera).